Komitet Obrony Demokracji

ul. Górczewska 39, 01-144 Warszawa

NIP: 5252649748
KRS 0000604562

tel: 729 052 000
mail: [email protected]




NEWSLETTER
[sibwp_form id=2]

Wojna światów, czyli sprawa Olgi Tokarczuk - KOD
Komitet Obrony Demokracji, KOD
10931
post-template-default,single,single-post,postid-10931,single-format-standard,eltd-cpt-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,,moose-ver-3.4, vertical_menu_with_scroll,smooth_scroll,side_menu_slide_with_content,width_370,fade_push_text_right,transparent_content,grid_1300,blog_installed,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 

Wojna światów, czyli sprawa Olgi Tokarczuk

Stanisław Lem w „Solaris” opisał sytuację, w której porozumienie dwóch światów jest niemożliwe. Człowiek nie obejmuje rozumowo tego, co go spotyka ze strony „obcego”, a „obcy” nie widzi ograniczeń człowieka.

Jacek Sut

Schodząc kilka pięter w dół dla łatwiejszego (bo nie wiem, czy lepszego) opanowania metafory wyobraźmy sobie, że owady reprezentują rozwiniętą cywilizację z innego wymiaru, że są „nami” w ich równoległym świecie – wyglądają tak jak wyglądają, bo my tylko tyle możemy i umiemy zobaczyć. Ze wszystkich bowiem kosmicznych zmysłów używamy pięciu najbardziej topornych i przy tym niedokładnych. Jaką owady mają szansę na zrozumienie z naszej strony? Na wzięcie ich pod uwagę w czymkolwiek?
Atak na Olgę Tokarczuk, czy Jerzego Stuhra, obrazuje taką właśnie niemożność porozumienia światów.
Przypomnijmy, że Olga Tokarczuk dla Wałbrzycha jest na tyle ważną osobą, iż decyzją Rady Miejskiej dostanie tytuł zasłużonej dla tego miasta. Radni PiS są jednak bardzo na nie. Każdy z nich – jak sądzę – przeczytał książki Tokarzuk i osąd opiera na gruntownej ich analizie.
Oburzamy się na radnego PiS-u z Wałbrzycha, który zaatakował pisarkę nie biorąc pod uwagę, że oburzenie nie ma tu nic do rzeczy. Równie bezsensownie można denerwować się na kota, który tarza się na bruku podwórka, a potem włazi na łóżko. Cywilizacyjnie, a jak się wydaje po Brexicie nie tylko u nas, dopracowaliśmy się rozwarstwienia niemal gatunkowego. Nie rozumiemy jedni drugich. Pan radny nie czyta, nie pogłębia wiedzy i nie porusza go literatura, ale po co mu to, skoro radnym jest i wiedzie za sobą liczną rzeszę podobnych do niego współbraci w gatunku? Naprzeciw jemu bezradnie rozkładają ręce reprezentanci „obcych”, którym wydaje się, że świat jest taki, jakim oni go widzą i którzy pojąć nie mogą, bo zmysłów im nie starcza, że gatunek pisolubny nie uznaje oczywistych faktów. W filozofii taka postawa nazywana jest „pięknoduchostwem”.
Pięknoduchy z KOD-u piszą artykuły, wygłaszają mowy, nie depczą trawnika podczas demonstracji, wkładają kwiaty w lufy i wydaje im się, że skoro ich jest racja i prawda, to dobro zwycięży. Problem w tym, że gatunek przeciwników w ogóle nie czyta, a jeśli już, to niewiele, i to ściśle wyselekcjonowanych lektur, których poziom budzi grozę u nas, „obcych”, bo dziwimy się, jak można wierzyć w takie brednie. Poza tym także argumentów naszych tamta strona nie tylko nie słucha, lecz ich w ogóle nie rozumie – nie są z jego świata, a z poziomu celownika w wieżyczce kwiaty w lufie są niewidoczne.
Dobrze opisuje ten nierozwiązywalny dylemat scena z książki Kurta Vonneguta pt. „Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku”. Przywołuję z pamięci, więc sorka za nieścisłości, ale ogólny sens jest taki: Występuje w tej książce m. in. autor opowiadań SF, Kilgore Trout, w pewnym sensie alter ego samego Vonneguta. W jednym ze swoich opowiadań Kilgore Trout opisuje jak to przedstawiciel obcej cywilizacji został wysłany na Ziemię z misją rozwiązania naszych problemów, z leczeniem raka i zapobieżeniu nieszczęściom oraz wojnom na czele. Pewną przeszkodą w realizacji misji był fakt, że przedstawiciele tejże cywilizacji, daleko bardziej rozwiniętej niż nasza, porozumiewali się językiem opartym na… stepowaniu i popierdywaniu. Poza tym wyglądali zupełnie jak ludzie. Po wylądowaniu, emisariusz z kosmosu zauważył dom, w którym wybuchł pożar. Kiedy podbiegł zauważył, że domownicy tego nie wiedzą, a pan domu ogląda mecz. Emisariusz wskoczył do salonu, między mężczyznę a ekran telewizora, i próbował, oczywiście stepując i pierdząc, ostrzec go przed nadchodząca śmiercią w płomieniach. W odpowiedzi pan domu roztrzaskał mu łeb bejsbolowym kijem.
Nie oburzajmy się więc, nie łapmy za głowy. Uczmy się języka. Warto też zaufać faktom. Pierwszy z nich to taki, że ludzie różnią się znacznie bardziej, niż nam się do tej pory zdawało.