Komitet Obrony Demokracji

ul. Górczewska 39, 01-144 Warszawa

NIP: 5252649748
KRS 0000604562

tel: 729 052 000
mail: [email protected]




NEWSLETTER
[sibwp_form id=2]

Przymus? Niekoniecznie... - KOD
Komitet Obrony Demokracji, KOD
8312
post-template-default,single,single-post,postid-8312,single-format-standard,eltd-cpt-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,,moose-ver-3.4, vertical_menu_with_scroll,smooth_scroll,side_menu_slide_with_content,width_370,fade_push_text_right,transparent_content,grid_1300,blog_installed,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 

Przymus? Niekoniecznie…

Przymus? Niekoniecznie...
Przemysław Wiszniewski

Zazwyczaj tak bywa, że nie lubimy ani być zmuszani, ani sami siebie zmuszać. To pierwsze rzadko wychodzi nam na dobre, z tym drugim bywa różnie. Uwaga ta dotyczy jednak nas, obywateli, a jak jest z państwem?
Państwo jest zobligowane do różnych zadań w naszym interesie, np. do zapewnienia bezpieczeństwa, czy ochrony zdrowia i edukacji. W demokracji wszystko funkcjonuje z lepszym lub gorszym skutkiem w zależności od pracowitości dygnitarzy rządowych. Przy obecnie rządzących, mimo pozorów jakiejś gigantycznej pracy, nic dobrze nie funkcjonuje. Jak gdyby państwo chciało nam powiedzieć: „Nie będziemy się zmuszać do niczego, a tym bardziej wy nas do niczego nie zmusicie. Nasze funkcje określi wyłącznie nasza ułańska fantazja i nic ponadto”.
My, obywatele, ale i państwo, czyli rządzący, oscylujemy pomiędzy działalnością fakultatywną a obligatoryjną. Mówiąc wprost, niekiedy dysponujemy możliwością wyboru, a niekiedy go nam brak. Tak urządzona jest cywilizacja. Konieczność jako kategoria filozoficzna występuje w koncepcjach deterministycznych. W polityce zaś właściwie wszystko jest koniecznością w tym znaczeniu, że władza demokratyczna stara się działać w tych aspektach publicznego życia, które są niezbędne. Władza autorytarna pomija działania niezbędne z premedytacją, lecz w ich miejsce buduje mit konieczności. Chodzi o to, by wmówić społeczeństwu, że jej działania są niezbędne, chociaż obiektywnie patrząc, takie nie są, a nawet często przeciwnie, nie tyle są nawet niepotrzebne, co szkodliwe. Totalitaryzmy w tym znaczeniu tworzą coś na kształt rzeczywistości alternatywnej, w której objawia się konieczność, choć w istocie kryje w sobie szaleństwo.
Ten wspaniały luz,
czyli dlaczego nie wszyscy pilnują demokracji
Połowa uprawnionych poszła na wybory, a i teraz sporo się dystansuje, i obserwuje. Nie chciało się nam pofatygować do urn. Tylko połowa z nas poświęciła kwadrans, by doczłapać do pobliskiej szkoły i zagłosować. Być może reszta uznała, że nie będzie ulegać presji otoczenia, że skorzysta ze swojej wolności i nie będzie się zmuszać do głosowania, skoro nie ma na to ochoty. No i teraz, w związku z tamtym brakiem ochoty, przyszło nam maszerować raz w miesiącu co najmniej, a w perspektywie mamy jeszcze trzy i pół roku takich demonstracji, w najlepszym wypadku. Nie opłacało się zatem ulegać lenistwu w dniu wyborów…
Bo konieczność staje niekiedy w poprzek wolności (i na odwrót) i trzeba dokonać wyboru.
Niezbyt popularny dziś Marks pisał o komunizmie: „Komunizm ten […] stanowi […] prawdziwe rozwiązanie konfliktu między człowiekiem a przyrodą i człowiekiem a człowiekiem, prawdziwe rozwiązanie konfliktu między istnieniem a istotą, między uprzedmiotowieniem a samoafirmacją, między wolnością a koniecznością, między osobnikiem a gatunkiem. Rozwiązuje on zagadkę historii i wie, że ją rozwiązuje”. Darujmy Marksowi, bo teoretyzował, nie wiedząc, jak się to sprawdzi w praktyce… Zacytowany tu akapit jest jedynie ilustracją „konfliktu między wolnością a koniecznością.” Feuerbach tymczasem, definiując istotę ludzką, w ogóle pomijał kwestię wolności, w jej miejsce podkładając cierpienie. Było więc w człowieku cierpienie i potrzeba (jako synonim konieczności):
„Tylko istota odczuwająca konieczną potrzebę jest istotą konieczną. Egzystencja nie znająca potrzeby jest egzystencją zbędną […] Istota bez koniecznej potrzeby to istota bez podstawy. Istota bez bolesnych doznań to istota bez istoty. Istota bez cierpienia to jednak nic innego jak istota bez zmysłowości, bez materii”.
No, i miał rację: trzeba trochę pocierpieć, by nie cierpieć potem długo. Wygodnictwo nie wyszło nam na dobre.
Wolność nie przeciwstawia się ludzkiej konieczności i niedostatkowi, lecz jest w nich ugruntowana, o ile jest ona wolnością tylko jako zniesienie danego i założonego. „Działalność życiowa” człowieka „nie jest czymś z czym człowiek bezpośrednio stapia się w jedno”, jak zwierzę; jest „wolną aktywnością”, dzięki której człowiek może się „odróżnić” od niezapośredniczonej określoności swojej egzystencji, „uczynić ją sobie przedmiotem” i znieść; może on uczynić swoją egzystencję „środkiem”, zapewnić sobie samemu własną rzeczywistość, „produkować” samego siebie i swoją przedmiotowość.
Możemy sobie zadać pytanie, czy człowiek w ogóle ma wybór i czy w takim razie dysponuje wolnością wyboru, czy też tylko złudzeniem tej wolności?
„Determinizm jawi się jako efekt statystyczny – konieczność realizuje się przez przypadki – a więc produkt naszego poznania”. W tym sensie nie ma znaczenia, czy cokolwiek z zewnątrz decyduje za nas, czy też nie, bo i my sami mamy kłopot z dysponowaniem własną wolnością (wolnością wyboru). „Wychodząc z założeń fizyki współczesnej, całkowicie niemożliwe jest rozstrzygnięcie metafizycznego problemu determinizmu i byłoby nieuprawnionym opierać się na mikrofizyce
w kwestii istnienia lub też nie istnienia ludzkiej wolności.”
Przymus powtarzania,
czyli skąd się biorą zwolennicy PiS
Zygmunt Freud odkrył, że ludzie podświadomie wciąż na nowo odtwarzają przykre sytuacje z przeszłości. Właściwie, zgodnie z zasadą przyjemności powinni takich przykrości unikać, a jednak coś ich zmusza do powielania. Prowokują zatem sytuacje znane im z przeszłości, które przeżyli traumatycznie, by znów, niczym w koszmarnym śnie przeżyć je na nowo. I tak w kółko, na okrągło. Niczego nie uczy ich własne doświadczenie życiowe, przeciwnie, choćby niosło najgorsze z możliwych ciosy i upokorzenia, ludzie często pragną je odtworzyć. Tak jakby „znane” było wartością samą w sobie, nieważne, że „znane, choć awersyjne”.
Dlatego ten elektorat z prawdziwym upodobaniem brał udział przez lata w słynnych miesięcznicach tragedii smoleńskiej. Żałoba, indywidualna i narodowa, ma swoją dynamikę, dzieli się na etapy, trwające krócej lub dłużej, ale wiążące się z autentycznymi przeżyciami. Rzadko bywa spektaklem. I prawdopodobnie dla uczestników miesięcznic spektaklem nie była. Pławili się w trudnych do zniesienia emocjach i doznaniach, w rozpaczy, nienawiści, bezradności, chęci zemsty, pogardzie.
Tak zbudowane zostały pisowskie szwadrony.
Niedawno widziałem taki dowcip rysunkowy Sawki: naprzeciw siebie stoją dwie jejmości w wieku mocno dojrzałym w moherowych beretach. Jedna mówi do drugiej: „Kiedy nasi doszli do władzy, moje życie straciło sens!”. To najlepsza ilustracja przymusu powtarzania u wyborców pisowskich. Dlatego przez lata utrwalił się pogląd, że partia Kaczyńskiego z natury rzeczy musi być opozycyjna, bo się rewelacyjnie w takiej roli sprawdza. Faktycznie, kiedy teraz jest u władzy, poniekąd ta teza każdego dnia się potwierdza na zasadzie dowodu w odmiennych warunkach: sprawdzała się w opozycji, ale zupełnie się nie sprawdza będąc u władzy. Uwaga ta dotyczy zarówno rządzących, jak i ich wyborców. Wyborcy ci bowiem nie chcą być zadowoleni ani tym bardziej szczęśliwi. I jeśli władza chce ten elektorat zachować, powinna go raczej tłamsić i nim poniewierać, niż nagradzać.
Konieczność u władzy,
czyli po co władzy stwarzanie dziejowej konieczności
Esej Stanisława Skarżyńskiego w Magazynie Świątecznym Wyborczej, „Polskę wciągnęła czarna dziura”, na który się tutaj teraz będę powoływał, jest prawdziwym objawieniem i prawdę powiedziawszy jego lektura stanowiła bezpośredni pretekst do powstania tych moich tutaj wynurzeń. Autor – powołując się na Leszka Kołakowskiego analizującego czasy stalinowskie – porównał reżim Kaczyńskiego do stalinizmu. Nie tylko w praktyce, ale także w teorii. Dobro przeciwstawiał stalinizm, podobnie jak to się dzieje teraz, konieczności dziejowej, jaką była rewolucja komunistyczna.
„Można łamać prawo. Kłamać. Wyciąć Puszczę Białowieską, zakazać handlu ziemią. Wyjść z Unii Europejskiej. To rzeczy złe, ale konieczne – bo prowadzą do ostatecznego, absolutnego dobra”.
„Socjalizm jest wyborem dobra kosztem determinizmu – tak widziany marksizm przekształca się w zespół postulatów i wartości, których realizacja jest „moralną powinnością” – ale nie jest dziejową koniecznością”.
To wybór konieczności, determinizmu, politycznego planu zaprowadzenia ludzkości do doskonałego świata – bez względu na cenę, którą trzeba będzie za to zapłacić. W tym miejscu właśnie, gdy nieuchronność dziejowa zajmuje miejsce dobra, a „moralna wartość czynów człowieka poszczególnego mierzy się jego udziałem w owym koniecznym procesie”.
W tej wizji świata zła ograniczać nie tylko nie trzeba, a nawet nie wolno – bo przeciwdziała to spełnieniu się konieczności. Konieczność jest fundamentem totalitaryzmu”.
No dobrze, spyta uważny czytelnik, a gdzie tu się podziała wolność? Wolność jednostki, o której pisałem wcześniej? Cóż, ona się ulotniła. Wolność jako jedno z dóbr przypisanych człowiekowi została podporządkowana konieczności. Konieczności jej ograniczenia, a być może jej odebrania.
Tradycjonalizm lub historycyzm,
czyli „polityka historyczna” jako pretekst wdrażania autorytaryzmu
Ponieważ „polityka historyczna” jest cudotworem, potworkiem ideowym ukutym przez środowiska prawicowe, które tak skwapliwie manipulują historią, o jednych zdarzeniach zapominając, inne eksponując bez umiaru, a jeszcze inne przeinaczając, postanowiłem sięgnąć do źródła, czyli portalu prawicowego, by się czegoś dowiedzieć o tym rewolucyjnym projekcie. I oto, com przeczytał:
„Historycyzm mógłby równie promować „rewolucyjne” żądania, jeśli nie będzie woli uznania rzeczywistego za „racjonalne”. W tym przypadku, w imię „rozumu” i „Historii”, interpretowanych na czyjąś korzyść, potępienie przeszło na to, co jest”.
Jak się zdaje, siła konfrontacyjna władzy, z którą mamy do czynienia, ma charakter – oby czysto teoretycznie – wojskowy. Poprzednie rządy ostatniego ćwierćwiecza przyzwyczaiły nas do względnego poczucia bezpieczeństwa, własną determinacją w zabieganiu o ten stan rzeczy i zapewnieniami, że bezpieczeństwo jest priorytetem. Ostatnio jednak władza odchodzi od tej retoryki… Skłania się ku burzeniu sojuszy wojskowych i deklaruje brak zahamowań w owym dziele zniszczenia. Powoli, w tych groźnych czasach, tracimy grunt pod nogami, poczucie stabilizacji, wiarę w priorytety, spośród których najświętszym był dotychczas pokój. Pisowska konfrontacja i wrogość do dotychczasowych sojuszników, każe nam się mieć na baczności. Wzrasta poczucie zagrożenia, i może właśnie o to chodzi naszym przywódcom?
Jest zatem wojna niestandardowym sposobem działania ludzkich zbiorowości, który staje się uprawomocniony, a nawet obowiązkowy w ściśle określonych warunkach. Dla jej moralnego usprawiedliwienia musi istnieć jakaś konieczność wyższego rzędu, na której mocy ustają powszednie, normalne, „cywilne” reguły aktywności”.
Etyka chrześcijańska,
czyli restrykcyjny zakaz zła koniecznego
Jeśli chodzi o etykę chrześcijańską, to nie jestem tutaj żadnym ekspertem, ale respektuję jej dominację w Polsce, dlatego sięgnąłem do stosownego źródła, by sprawdzić, jak też owa etyka odnosi się do „konieczności” w opozycji do „dobra” jednostki:
„Zasada koniecznego zła — w sytuacji, w której w grę wchodzi dobro związane w sposób konieczny z istnieniem lub tożsamością osoby bezpośrednia agresja na to dobro nie może być usprawiedliwiona dobrem wyższym, nie istnieje bowiem wyższa aksjologicznie całość od indywidualnej osoby. Dlatego świadomy wybór tego rodzaju działania jest zawsze wyborem zła moralnego (bezpośrednia agresja na to dobro dla osoby, którym jest jej życie, jest zawsze agresją na dobro, jakim jest sama osoba). Dlatego słusznościowe normy moralne, chroniące tego rodzaju dobra osoby, są restryktywne (nie dopuszczają żadnych wyjątków). Potocznym sposobem wyrażenia zasady koniecznego zła jest znana sentencja, iż cel nie uświęca środków (św. Paweł)”.
Prowokacja jako pretekst,
czyli dlaczego zła władza prowokuje
Ostatnio jesteśmy dosłownie bombardowani doniesieniami prasowymi o podkładaniu bomb w różnych miastach Polski. Dziwnym zrządzeniem losu te incydenty zbiegają się w czasie z publiczną debatą (tak należy napisać, ale przecież wiemy, że to jest debata pozorowana) na temat projektu ustawy pisowskiej o przeciwdziałaniu terroryzmowi. Nie mamy w Polsce aktów terrorystycznych, więc najlepiej byłoby dla powodzenia projektu, gdyby się zdarzyły. I one, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczynają się zdarzać na skalę masową. Posłanka Pawłowicz twierdzi, że to KOD-erzy podkładają bomby, ale chyba nie ma racji, bo przecież ustawa ma być w nas, KOD-erów, wymierzona, po cóż więc mielibyśmy ją swoimi nierozważnymi działaniami uzasadniać i prowokować? Jak się zdaje, inicjatywa wyszła raczej z innej strony, która bardzo pragnie sterroryzować społeczeństwo w imię walki z domniemanym terroryzmem…
„Dla niektórych odbiorców fałszywe uzasadnienia mogą być na tyle wygodne (jako okazja do własnej gry z myślą o własnych korzyściach) lub też wygodne jest ich niekwestionowanie, iż nie tylko gotowi są zachować pozory, udawać, że traktują to serio, ale wręcz chcą w to uwierzyć. Ich obłuda sprawia, że podmiot działający w złej wierze na zasadzie krętactwa i bezwzględności nie jest osamotniony, ma zapewnione swoiste „krycie”, np. nie sposób natychmiast powstrzymać lub ukarać go przewidzianymi w danej sytuacji sankcjami”.
Pretekst nie tylko jest osłoną (zasłoną dymną) dla z góry postanowionej i zaplanowanej praktycznej prowokacji, ale również sam w sobie jest prowokacją. A to dlatego, gdyż zwykle wywołuje silne wrażenie, jest wyzwaniem dla otoczenia. Wrażenie spowodowane jest przeważnie nie słusznością i wiarygodnością argumentacji, nie oryginalnością, pomysłowością oficjalnie i formalnie deklarowanych powodów działania czy stwierdzanych konieczności, lecz raczej kontrastem między tym, co odbiorca słyszy lub czyta, a tym, co podpowiada mu jego własny rozum.”
Zemsta jako motor władzy,
czyli powód, dla którego zła władza szuka odwetu
Profesor Michał Głowiński od dekady porównuje nowomowę pisowską z nowomową komunistyczną. Retoryka Kaczyńskiego i jego żołnierzy do złudzenia przypomina bowiem tamtą z naszej mrocznej przeszłości. Szczególnie boleśnie odbieramy ataki na społeczeństwo i Bogu ducha winne jednostki, które nie chcą się tej władzy podporządkować. Opozycjoniści wobec władzy autorytarnej spotykają się natychmiast ze zmasowanym atakiem medialnym. Odsądzani są od czci i wiary, odczłowieczani, traktowani jako „gorszy sort”, wykluczani z prawowitej wspólnoty społecznej, badane są ich rodzinne koligacje i biografie przodków, za które jakoby mają ponosić odpowiedzialność.
W obrębie tej wizji świata przeszłość waży bezpośrednio na postawie człowieka, determinizm ten – podobnie jak w świecie komunistycznym – obejmuje nie tylko osoby będące bezpośrednim przedmiotem ataku, ale także ich przodków”.
Przymus władzy i przymus jednostki,
czyli jak się różni autorytaryzm od demokracji
Władza autorytarna nie czuje się do niczego zobowiązana za pomocą dotychczasowych reguł demokratycznych. Realizuje bezlitosny plan podporządkowania sobie wszystkich obywateli razem i każdego z osobna. Nikt nie będzie mógł pozostać obojętny, bo cały porządek świata, państwa, prawa, kultury i cywilizacji zostaje wywrócony do góry dnem. Jak to przy okazji każdej rewolucji.
Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, niech spojrzy wstecz, w jaki sposób obecna władza traktowała wybory. Nie tak, jak zazwyczaj każda pretendująca do władzy formacja, lecz całkiem inaczej, ideowo i emocjonalnie.
W autorytaryzmie kampania wyborcza staje się elementem legitymizacji systemu. W demokracji kampania wyborcza legitymizuje rząd, w autorytaryzmie – system polityczny, w demokracji jest elekcją władzy, w autorytaryzmie – plebiscytem poparcia”.
Już więc u samego zarania obecnej władzy mogliśmy stwierdzić, że nie wybraliśmy sobie kolejnego rządu, lecz władzę, która chce panować w zupełnie inny sposób. Nie respektując wspólnego dobra ani dobra jednostki, nie zważając na nasze obywatelskie swobody i wolności, nie traktując poważnie własnych powinności wobec społeczeństwa, lecz działając jedynie w imię domniemanej wyższej konieczności dziejowej.