Komitet Obrony Demokracji

ul. Górczewska 39, 01-144 Warszawa

NIP: 5252649748
KRS 0000604562

tel: 729 052 000
mail: [email protected]




NEWSLETTER
[sibwp_form id=2]

Przestępstwo prawem się stało i rządziło między nami - KOD
Komitet Obrony Demokracji, KOD
4023
post-template-default,single,single-post,postid-4023,single-format-standard,eltd-cpt-2.2,ajax_fade,page_not_loaded,,moose-ver-3.4, vertical_menu_with_scroll,smooth_scroll,side_menu_slide_with_content,width_370,fade_push_text_right,transparent_content,grid_1300,blog_installed,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
 

Przestępstwo prawem się stało i rządziło między nami

Przestępstwo prawem się stało i rządziło między nami
Krzysztof Łoziński
„Najsamprzód mieszkańca wysłuchać trzeba, gdyż bicie go i poniewieranie bez wysłuchania okazać się może nadaremne”
Sałtykow Szczedrin – „Ustawa o właściwej rządcom miasta dobrotliwości”

 
Przestępcy zawsze mieli jeden odwieczny problem – jak dokonywać przestępstw bezkarnie? Całe pokolenia zbójców, mafiosów, Szpicbródek i innych podobnych postaci nie potrafiły go rozwiązać. Aż tu w Polsce znalazła się partia, która wpadła na pomysł genialny: trzeba tak zmienić prawo, by to, co było wcześniej przestępstwem, stało się legalne, a nawet było przez prawo ustanowione.
I tak, zaczęto od nieuznawania wyroków Trybunału Konstytucyjnego i takiego zmieniania ustawy, by przestały obowiązywać, lub by Trybunał nie mógł ich wydawać. Ujawniła się przy tym specyficzna logika antyprawa. Prezydent, który na pytanie: kiedy wykona swoje konstytucyjne obowiązki, odpowiada, że ich nie wykona „bo złamałby Konstytucję”. Szefowa gabinetu premiera głosi, że nie może opublikować wyroku TK, bo uważa go za niezgodny z prawem, czyli, mówiąc inaczej: podsądny dokonuje oceny wyroku sądu. Sejm kwestionuje ustawę uchwałą. To tak jakbym ja unieważniał mandat felietonem. Świat prawa został postawiony na głowie. Nastało to, o czym w 1968 roku pisał Antoni Słonimski: „słowa, jako te antypody, głowami chodzą na dół nogi mając w górze”.
Sejm uchwalił nową ustawę o służbie cywilnej. Ta stara ustawa znacznie utrudniała korupcję i kumoterstwo oraz ustawianie „swoich” na wysokich stanowiskach. W nowej zlikwidowano konkursy na stanowiska kierownicze, uzasadniając to tym, że „zdarzało się ustawianie tych konkursów”. Czyli, tłumacząc z polskiego na nasze: ponieważ zdarzały się przestępstwa fałszowania konkursów, by wsadzać „swoich”, trzeba zlikwidować konkursy, by bez nich wsadzać „swoich”. Innym uzasadnieniem jest: „trzeba dać szansę młodym”. Co to znaczy? Trzeba móc wsadzać na stanowiska „swoich” ludzi, którzy wcześniej nie spełniali wymaganych kryteriów. To, co wcześniej było przestępstwem, staje się legalną praktyką.
Ale to jeszcze nie wszystko. Szykowana jest nowa ustawa o prokuraturze, która ma umożliwić prowadzenie tak zwanej „polityki karnej”. „Polityka karna” to taka praktyka, w której o ściganiu i karaniu konkretnych osób nie decyduje prawo, lecz politycy.
W krajach praworządnych jest to poważne przestępstwo przeciw prawu. „Polityka karna” jest na przykład w Chinach, gdzie przed rozprawą zbiera się „komitet polityczno-prawny” złożony z sędziego, prokuratora i sekretarza partii. Ten komitet przed rozprawą uzgadnia wyrok, a rozprawa w sądzie jest tylko przedstawieniem. „Polityka karna” stosowana była też w PRL. Poznałem to na własnej skórze. Oficer SB, który był obecny na mojej sprawie, w piśmie do swoich przełożonych napisał: „z punktu widzenia obiektywnego obserwatora wina nie została udowodniona:”, zaś w piśmie do sądu napisał: „zdaniem komisji śledczej wyrok jest za niski”. I sąd miał się poprawić. Zaś sędzia tak uzasadnił wyrok bezwzględnego wiezienia: „w czasie rozprawy nie udowodniono czynu karalnego, ale oskarżony działał z dużym natężeniem złej woli”, i dalej: „sąd wziął pod uwagę, że braki w materiale dowodowym wynikają z uporczywego uchylania się od zeznań oraz arogancji oskarżonego świadków”.
Tak właśnie wygląda „polityka karna”, która jest jednym z ważniejszych punktów programu PiS. I tak ma teraz być. Ustawa nie tylko łączy funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, ale i daje politykowi prawo do ręcznego ingerowania w śledztwa, czyli robienia tego, za co Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński mieli stanąć przed Trybunałem Stanu, a Mariusz Kamiński został nawet nieprawomocnie skazany. Do tej pory było to przestępstwo z art. 231 kk – przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. Dotąd prokurator miał się kierować wyłącznie prawem, a ingerencja przełożonego w jego decyzje była przestępstwem. A wiec tak zmienia się prawo, by ingerencja szefa była legalna. Co więcej w jednym z artykułów nowej ustawy zapisano, że prokurator łamiący prawo ma być bezkarny, jeśli działa „w interesie społecznym”. Jest oczywiste, kto będzie o tym „interesie społecznym” decydował i że ma na imię Jarosław.
Ten zapis jest oczywiście na wszelki wypadek, gdyby przy nowelizacji ustawy zapomniano jakiegoś prokuratorskiego przestępstwa zalegalizować.
Arkadij i Borys Strugaccy opisali w powieści „Trudno być bogiem” trzy „obywatelskie cnoty” w warunkach dyktatury: „lojalność, wykonywanie rozkazów i wzajemna obserwacja”. Te trzy „obywatelskie cnoty” mają obecnie przyświecać polskiej prokuraturze.
Pomysł nie jest nowy, ale ciągle żywy. W 2000 roku Lech Kaczyński oświadczył: „bez podległości politycznej prokuratury państwo nie będzie mogło realizować polityki karnej”. Ostatnio poseł PiS, dawny komunistyczny prokurator, Stanisław Piotrowicz, powiedział z mównicy sejmowej: „Prokuratura nie może być niezależna, bo jest jedynym narzędziem władzy wykonawczej do wpływania na orzecznictwo sądów”. Cóż za szczerość!
Skutkiem prowadzenia polityki karnej za rządów PiS była sprawa Barbary Blidy (rewizja u niej miała być „wyjściem na SLD”, jak to wyraził Jarosław Kaczyński [zeznanie Janusza Kaczmarka], a podstawy do tej rewizji były wysoce wątpliwe), rzekomej willi Kwaśniewskich w Kazimierzu (Kwaśniewscy wcale nie mieli tam willi, ale CBA chciało za wszelką cenę im ją znaleźć i niepotrzebnie kupiło willę, która wcale do nich nie należała) i szereg innych.
Sprawy te są na tyle znane, że na razie ich opisywanie pominiemy. Skutkiem polityki karnej były też sprawy doktora Garlickiego i transplantologów, gdyż PiS koniecznie chciał wykazać swoją z góry założoną tezę, iż środowisko lekarskie jest dogłębnie skorumpowane. Za każdym razem działano metodą poszukiwania dowodów na z góry założoną tezę o czyjejś winie.
Jest to kompletne odwrócenie metodyki postępowania w normalnym (czytaj: uczciwym) postępowaniu dowodowym, gdzie najpierw bada się ślady, dowody, przesłuchuje świadków a dopiero na tej podstawie typuje podejrzanego, któremu trzeba udowodnić winę. W „polityce karnej” jest odwrotnie. Najpierw na potrzeby polityki wskazuje się „winnego”, a później szuka się na niego „dowodów”, a jak się nie znajdzie, to się fabrykuje (tak na przykład było w „aferze gruntowej”, gdzie sfałszowano dokumenty, by sprowokować z góry wybrane osoby do korupcji). To właśnie za przekroczenie uprawnień na potrzeby „polityki karnej” został skazany na 3 lata więzienia wiceprezes PiS Mariusz Kamiński.
Pomysł prowadzenia „polityki karnej” przez to środowisko polityczne jest niezwykle groźny, bo właśnie to środowisko generuje co pewien czas kolejne domniemane winy różnych ludzi, za czyny, które bywają zupełnie urojone (np. „zamach” w Smoleńsku). W dodatku to środowisko preferuje „ekspertów”, którzy nie muszą znać się na przedmiocie sprawy, ale mają to samo zdanie co prezes PiS („po co mi doradcy, z którymi się nie zgadzam?” – Lech Kaczyński, rok 2002, TVP).
Jest jeszcze problem z niezawisłością sądów, ale i na to są pomysły.
W projekcie nowej konstytucji PiS art. 145 przewiduje, że prezydent (którym raczej nie będzie wówczas Andrzej Duda, bo jego imię nie zaczyna się na „J”)może odwołać każdego sędziego w każdym sądzie za „niemożność lub brak woli” rzetelnego wykonywania obowiązków sędziego. Wniosek w tej sprawie kieruje Rada do Spraw Sądownictwa (nowy organ), którego 80 procent składu powołuje rząd (zależny od prezydenta), Sejm (w takim składzie, jakiego prezydent sobie życzy), a jej przewodniczącym jest sam prezydent. Tak więc prezydent (którego imię będzie się zaczynało na „J”) na czele rady, którą praktycznie w 80 procentach sam powołuje (przecież zależny rząd i zależny Sejm mu nie podskoczą) kieruje wniosek sam do siebie, by konkretnego sędziego pozbawić posady.
Co więcej, na mocy art. 144 prezydent też sędziego powołuje na wniosek, jak że by inaczej, Rady do Spraw Sądownictwa, którą w praktyce sam powołuje. Tak wiec prezydent może każdego sędziego powołać lub odwołać, także sędziego w składzie Państwowej Komisji Wyborczej.
Smaku temu wszystkiemu dodają niedawne zapowiedzi polityków PiS karania „butnych i aroganckich sędziów”, badania ich wariografem, pobierania od nich moczu do badań…
Interesującym projektem jest pomysł powołania „izby wyższej” Sądu Najwyższego, która będzie miała prawo zmieniania prawomocnych wyroków wszystkich sądów i wedle niektórych wypowiedzi pomysłodawców w jej skład będą wchodzić nie tylko sędziowie (czyli jakby „trybuni ludowi”, skąd my to znamy?). Pasowała by dla niej nazwa: „izba linczu”.
W lipcu 2015 roku Zbigniew Ziobro (źródło: TVN24) groził ściganiem po dojściu PiS do władzy sędziego Igora Tulei, za to, że ujawnił niedozwolone metody stosowane w śledztwie za rządów PiS. Według Ziobry, sędzia Igor Tuleja złamał wszelkie zasady etyki sędziowskiej. Dlaczego? A no dlatego, że skierował do prokuratury powiadomienie o stosowaniu przez ekipę Ziobry aresztów wydobywczych, wielogodzinnych przesłuchań (tzw. „konwejerów”), i jak najbardziej słusznie porównał je do metod służb stalinowskich. Porównanie było trafne. „Konwejerów” nie stosowano w Polsce od 1956 roku (nawet za komuny), gdy upadły rządy Bieruta. Przywrócili je do metod śledczych dopiero funkcjonariusze i prokuratorzy za rządów PiS, gdy ministrem sprawiedliwości był Ziobro.
Przypomnijmy jeszcze, że Państwowa Komisja Wyborcza składa się z sędziów. Teraz tych „butnych i aroganckich” w niej nie będzie. Zacytujmy klasyka: „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” (Jozef Stalin).
Po każdych przegranych wyborach politycy PiS głosili, że były one sfałszowane, oczywiście nie przedstawiając na to żadnych dowodów. Obecnie PiS zaczyna kombinować wokół ordynacji wyborczej, by zmienić ją tak, aby zawsze wybory wygrywać. Znów ten sam tok myślenia: skoro fałszowanie wyborów jest przestępstwem, zmieńmy prawo tak, by zgodnie z nim ordynacja wyborcza generowała wynik fałszywy w stosunku do prawdziwej woli wyborców. Stalin tego nie wymyślił: nie jest ważne tylko kto liczy głosy, ale i jak się je liczy.
A zresztą… W projekcie nowej konstytucji według PiS jest tak: prezydent może w każdej chwili, bez podania przyczyn, rozwiązać Sejm (Senatu ma nie być). Ma też teoretycznie ogłosić nowe wybory, ale nie ma na to żadnego terminu, nie ma też zwrotu „bezzwłocznie”. Może więc z tymi wyborami zwlekać ile chce. A gdy skończy się jego kadencja „wybory prezydenckie ogłasza Marszałek Sejmu”. Ale gdy nie ma Sejmu, to nie ma i marszałka. I pozamiatane.
I tu znów zacytują klasyka: Ernesto „Che” Guevara: „Wybory? A po co? Już mamy władzę”.
Na wszelki wypadek projekt konstytucji daje prezydentowi (którego imię będzie się zaczynało na „J”) prawo użycia wojska „w razie poważnych zamieszek”. „Poważność zamieszek” będzie oceniał… zgadnijcie kto? Na wszelki wypadek projekt nie przewiduje też prawa do strajku.
Bardzo nieładnie brzmią też zapowiedzi nowych komisji śledczych, np. w sprawie „afery podsłuchowej”. Przypomnijmy, że przestępstwem było podsłuchiwanie, a nie bycie podsłuchiwanym, że w treści podsłuchanych rozmów nie było nic, co można by uznać za przestępstwo, że głównym beneficjentem tej afery był PiS. Istnieją też podejrzenia, że to w ogóle PiS był prawdziwym jej zleceniodawcą, a na pewno najwięcej na niej skorzystał.
Jest tu ciekawa konstrukcja antyprawno-nielogiczna: beneficjenci przestępstwa będą prowadzić śledztwo przeciw ofiarom przestępstwa. I dlatego w nowej ustawie o policji podsłuchiwanie przez służby bez kontroli sądu, praktycznie kogo tylko się zechce, stało się legalne. Dotychczasowy przestępca został oskarżycielem, a ofiara przestępcą.
Innym osobliwym pomysłem jest powołanie nowej komisji do zbadania katastrofy smoleńskiej. Aby obalić ustalenia komisji złożonej z fachowców, ma powstać komisja złożona z szarlatanów z dotychczasowej „komisji Macierewicza” (szarlatanem jest każdy, kto podejmuje się roli eksperta w dziedzinie, na której się nie zna). Do tego przydałby się wrak tupolewa. Nie trzeba będzie fałszować dowodów na zdjęciach, można będzie fałszować dowody na obiekcie. Jak mawiał pewien stary SB-ek: „nieważne kto znalazł fanty, ważne kto je przyniósł”.
I tak, w ramach „polityki karnej” będzie można wsadzać do więzień niewinnych ludzi na podstawie paranoicznych urojeń i „ekspertyz” inżyniera budownictwa lądowego z Akron. Jak dotąd fałszowanie dowodów i tworzenie fałszywych ekspertyz w sprawie karnej było przestępstwem, teraz na ich podstawie przestępcą będzie niewinny człowiek, a fałszerz będzie oskarżał.
A że społeczeństwo się buntuje, jakieś tam KOD-y powstają? Zacytuję Bertolda Brechta: „jeśli społeczeństwo nie spełnia oczekiwań rządu, to rząd powinien rozwiązać społeczeństwo i wybrać sobie nowe”.
W artykule wykorzystałem fragmenty własnego tekstu z „Raportu Gęgaczy”. K.Ł.